Czy omikron jest większym zagrożeniem dla firm niż poprzednie mutacje?
Czy omikron jest większym zagrożeniem dla firm niż poprzednie mutacje?

Omikron powoduje łagodniejszy przebieg choroby, ale jednocześnie jest wariantem bardziej zakaźnym niż dominująca do tej pory Delta. To duże wyzwanie dla pracodawców, gdyż obecność w firmie jednego tylko chorego pracownika może doprowadzić do zakażenia, a kilkudziesięcioosobowej załogi. 

Od stwierdzenia w Polsce pierwszego przypadku nowej mutacji koronawirusa o nazwie Omikron minęło kilka tygodni. Naukowcy nadal mają wiele pytań o jego naturę, ale obserwacja tysięcy pacjentów na całym świecie, którzy zostali nim zakażeni, pozwoliła wyciągnąć pewne wnioski. Niewątpliwie cieszy, że Omikron nie powoduje dużej śmiertelności. Z najnowszej publikacji Brytyjskiej Agencji Bezpieczeństwa Zdrowotnego wynika, że przy zakażeniu nowym wariantem koronawirusa ryzyko trafienia na szpitalny oddział ratunkowy jest o 31 do 45 proc. mniejsze niż w przypadku wariantu Delta. Inne badanie dotyczące Omikronu wykazało, że pomimo wysokiej zakaźności wariant ten jest łagodniejszy od poprzednich.

Nowy wariant bardziej zakaźny niż poprzednie

Tym, co niepokoi, jest natomiast wysoka zakaźność nowego wariantu. Dzięki licznym zmianom w obrębie białka szczytowego Omikron jest wirusem, który z łatwością dostaje się do ludzkich komórek. W takim przypadku pojawia się ryzyko szybkiego rozprzestrzeniania się epidemii i zwiększenia dynamiki zakażeń. W Wielkiej Brytanii Omikron jest już wariantem dominującym.

Wciąż trwają badania dotyczące tego, na ile skutecznie szczepionki chronią przed zakażeniem i jak długo po podaniu dawki przypominającej organizm jest względnie chroniony. Niezależnie od wniosków, jakie ostatecznie wyprowadzą naukowcy, nowy wariant dezorganizuje działanie firm w krajach, w których stwierdzono najwięcej przypadków. W wyniku wysokiej  zakaźności bardzo łatwo rozprzestrzenia się wśród osób, które przebywają w jednym pomieszczeniu. Powoduje to konieczność wysyłania na kwarantannę całej załogi. W Polsce kwarantanna wynikająca z kontaktu z osobą chorą trwa 10 dni i nie zwalnia z nie negatywny wynik testu na koronawirusa.

Testy pozwalają szybko wychwycić zakażonych

Dla pracodawców to ogromny problem, bo na półtora tygodnia tracą część pracowników. W ich interesie jest jak najszybsze wychwytywanie zakażonych, a temu służą testy na koronawirusa. Ustawa, która da pracodawcom prawo do żądania okazania certyfikatu zaszczepienia, a w jego braku, skierowania na test, nie została jeszcze uchwalona, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by pracodawca zorganizował punkt testów. Dzięki temu zatrudnieni będą wiedzieli, czy wśród nich jest osoba zakażona. W czasie pandemii taka wiedza jest na wagę złota, bo umożliwia podjęcie szybszych kroków w celu zminimalizowania niebezpieczeństwa niekontrolowanego rozprzestrzeniania się wariantu Omikron.

Testowaniem pracowników powinni zainteresować się przede wszystkim menadżerowie w firmach, w których pracownicy przez osiem godzin znajdują się w jednej wspólnej przestrzeni, np. w hali produkcyjnej. Zakażenie tylko kilku pracowników z dwustuosobowej załogi doprowadzi do paraliżu nawet kilku działów. To ogromne koszty, tym bardziej że w umowach z odbiorcami towarów i usług raczej nie wyłącza się odpowiedzialności z tytułu braku realizacji zamówienia w związku z kwarantanną pracowników wykonawcy. W wielu zachodnich firmach regularne poddawanie pracowników testom stało się już normą i zatrudnieni wiedzą, że co kilka, kilkanaście dni przyjeżdża ktoś, kto przeprowadza takie testy. Nie budzi to ich niepokoju, raczej mają świadomość, że to wyraz troski pracodawcy. Czas, by i polscy pracodawcy zaczęli traktować testy na obecność koronawirusa jako normalne narzędzie w czasie pandemii.  

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper Premium